Bernard Cornwell
Angielski pisarz odznaczony przez królową Elżbietę II Orderem Imperium Brytyjskiego. Autor thrillerów i powieści historycznych, do których należą „Przygody Richarda Sharpe’a czy cykl „Wojny Wikingów”. Snuje drugi tom legendy arturiańskiej.
Derfel, który był narratorem również w pierwszej części, przygląda się jak Artur ofiarowuje rękę Ceinwym, w której jest zakochany Lancelotowi, wygnanemu królowi Benoic. Lecz dzięki magii kości Melina lub po prostu Nimue, która zaprowadziła księżniczkę Powys do niego z uździenicą. Pomimo, że nie chce za niego wyjść i tak jest dobrze, ponieważ nie chce już wychodzić za mąż po tym jak jej czwarte zaręczyny nie powiodły się. Niestety wszyscy namawiają go do związku z Gwenhwyrach, niezbyt urodziwą siostra Ginewry. Merlin pragnie przy pomocy dziewicy Ceinwyn odnaleźć w końcu Kocioł, jeden z trzynastu skarbów Brytanii, by przywrócić Brytanii dawnych bogów. Muszą się oni udać na Ciemną Drogę, a to nie jedyna przeszkoda. Ginewra oddaje się religii Izydy i Ozyrysa, która wyrządzi wiele szkody i chaosu w życiu Artura. Lancelot ma wielkie plany i ambicje, z resztą ktoś kto choć trochę zna legendę wie co mam na myśli. Artur po zwycięstwie w dolinie Lugg, małżeństwie z ukochaną, zjednoczeniu królestwa południowej Brytanii i zabezpieczeniu tronu Mordreda wydawać by się mogło, że nie może być bardziej szczęśliwy. Po mimo, że nie jest królem musi przewodzić ludowi, musi stawić czoło ciemnym chmurą nadciągającym z nad jego królestwa. Nielojalność, najazdy Saksonów, problemy z religią, a to tylko niektóre z jego problemów. Z rąk najbliższych Artur dostanie najcięższy cios…
Przyszłość Artura i Brytanii nie jest usłana różami, z czego zresztą się spodziewaliśmy. Cornwell znów zadziwia nas wspaniałymi opisami i niesamowitymi dialogami, które nieraz wprawia nas w osłupienie. Pomimo, że Merlin nie jest doskonałym, dobrym staruszkiem do jakiego przywykliśmy, ja go uwielbiam, za wiarę w siebie, wielbienie chaosu i magię jaką roztacza swoja osobą. Tak jak w każdej wersji nie cierpię Ginewry, która zresztą też będący narratorem Defel nie darzy sympatią, chyba najbardziej traci na ostatnich scenach książki.
Powieść polecam wszystkim wielbiciela starych legend o królu Arturze. Może nie jest to do końca wersja do jakiej przywykliśmy, lecz stanowczo warta uwagi. Przypominam, że najlepiej jest zacząć od części pierwszej „Zimowy monarcha”. Kolejną częścią jest za to „Excalibur”.

Ugh... Szkoda mi klawiatury na te książki. Nie podobały mi się. Kropka :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie ^^
Chyba jednak nie dla mnie ;)
OdpowiedzUsuń